Referendum – tak działają obywatelki i obywatele

Każda inicjatywa obywateli i obywatelek, świadcząca o ich zaangażowaniu w decydowanie o swoich sprawach w ramach środków przewidzianych prawem,  zasługuje na bezdyskusyjne poparcie i wsparcie. 

Takie działania przyczyniają się do obywatelskiej aktywizacji tych, którzy staną za chwilę skonfrontowani z efektami reformy edukacji. Reforma edukacji stała się bowiem faktem, do 31 marca mamy poznać nową sieć szkół. Strona społeczna, eksperci, organizacje nauczycielskie, pozarządowe, rodzice od wielu miesięcy zwracali uwagę na braki merytoryczne reformy. Na „ostatniej prostej” obawy te potwierdził minister Kopeć, stwierdzając wprost, że „cel reformy jest polityczny”. W tym samym czasie minister Zalewska powtarzała i powtarza w mediach, że „reforma jest wydyskutowana” a ruchy rodzicielskie rosną w siłę. Żadne ze spotkań minister Zalewskiej, przygotowujące rzekomo zręby pod reformę, nie było przeprowadzone z rodzicami. Nie ma się co dziwić, jeśli rodzice czują, że zagrożone jest dobro i bezpieczeństwo ich dzieci i kiedy słyszą w tym samym czasie o „powszechnej zgodzie” to zaczynają się organizować, buntować, szukać wszystkich możliwych metod i narzędzi, żeby zatrzymać coś, na co nie wyrażają zgody.

Jednym z instrumentów rodzicielskiego oporu jest referendum. Przypomnijmy – nie jest to pierwszy raz, kiedy rodzice sięgają po ten instrument, nie tak dawno temu, w proteście przeciwko obowiązkowemu posyłaniu sześciolatków do szkół protestowali państwo Karolina i Tomasz Elbanowscy.

Obecne dyskusje o referendum, zanim jeszcze zaczęły się jakiekolwiek prace, związane z jego przygotowaniem, wywołują już spore emocje. Wydaje się, że każda ze stron zaangażowanych w te dyskusje, wie jak ważnym wydarzeniem w pierwszym półroczu 2017 r będą prace nad nim. Jedno jednak już na wstępie niepokoi – z Kancelarii Prezydenta docierają do opinii publicznej wprost formułowane komunikaty, o tym, że referendum w sprawie oświaty jest niepotrzebne, co więcej – bezpodstawne.  Podobne wątpliwości co do inicjatyw obywatelskich w zakresie protestu przeciwko reformie formułuje minister Anna Zalewska, która powołuje się po raz kolejny na hasło „rodzice mają wybór”. Niestety, nie w tym wypadku. Zanim może rozpoczną się dyskusje o tym kto może a kto nie może zbierać podpisów pod wnioskiem o referendum, przypomnijmy o nim kilka ważnych informacji.

Referendum jest instrumentem demokracji bezpośredniej. Obywatele i obywatelki mają prawo sięgać po niego za każdym razem, kiedy mają przekonanie, że wybrana przez nich w wyporach powszechnych władza, w wybranej kwestii nie realizuje ich oczekiwań, czy postulatów. To „przekonanie” musi być wyrażone podpisem 500 tys, osób. Marszałek Sejmu, którego obowiązkiem jest zarządzić głosowanie w sprawie przyjęcia bądź odrzucenia wniosku o referendum, nie ma żadnej możliwości ingerowania w treść pytania referendalnego. Żadna osób pełniących funkcje publiczne, nie ma mandatu do oceniania, czy referendum „ma sens”, bo ustawa bardzo precyzyjnie określa, jakie sytuacje są wykluczone z procedury referendalnej. Referendum z inicjatywy obywateli i obywatelek nie może dotyczyć: wydatków i dochodów, w szczególności podatków oraz innych danin publicznych; obronności państwa; amnestii. (art 63 Ustawy z dnia 14 marca 2003 o referendum ogólnokrajowym). Kwestia reformy oświaty z pewnością do nich nie należy do żadnej z powyższych.

Obywatele i obywatelki mają pełne prawo do angażowania się w referendum, zbierania podpisów, mają także prawo – a w sytuacji pominięcia ich głosów sprzeciwu – także obowiązek wywierania nacisku na tworzenie polityk publicznych. MEN powoływał się na ich głos – więc właśnie zaczęli go używać.

Iga Kazimierczyk